czwartek, 6 sierpnia 2015

Prolog

Staliśmy na dachu najwyższego wieżowca w LA. Justin obejmował mnie od tyłu, opierając głowę na mojej własnej. Wpatrywaliśmy się w piękno oceanu i wieczoru, jak księżyc zostawiał bladoniebieską łunę na wodzie.

Po jakimś czasie ręce ukochanego zaczęły zsuwać się z mojej talii na co zmarszczyłam brwi i odwróciłam się. Oniemiałam. Chłopak klęknął przede mną na jedno kolano i trzymając w dłoniach czerwone pudełeczko, wyszeptał:

- Caroline Julie Parker, uczynisz mnie najszczęśliwszym z ludzi i wyjdziesz za mnie? - jego oczy patrzyły na mnie z nadzieją i blaskiem. Zaniemówiłam. Zupełnie odebrało mi mowę.

- Oh, Jus... Oczywiście, że za ciebie wyjdę! - wstał i uniósł mnie, kręcąc nas wokół własnej osi. Gdy stanęłam na nogach ujął moją dłoń i wsunął na palec serdeczny śliczny, srebrny pierścionek z małym diamencikiem na środku.

- Jest piękny... - wyszeptałam obracając dłoń i podziwiałam jak mieni się na biało pod światłem księżyca.

- Dokładnie tak, jak ty. - to mówiąc przyciągnął mnie do siebie i czule pocałował.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz